Shit happens – czyli ku pamięci o defekacji

„Trawienie nie jest szczególnie eleganckim tematem rozmowy, choć z pewnością należy do funkcji, czasem problemów, wspólnych wszystkim ludziom… Proszę zatem potraktować moją wypowiedź jako pochodzącą od córki urologa… Być może sam fakt, że o tym mówię, wywołuje u Państwa niesmak, kto wie? Są to sprawy w życiu każdego z nas podstawowe – a na ich temat zachowujemy przeważnie milczenie.”
/Katherine Hepburn „Narodziny afrykańskiej królowej”/

 

 Kupa – jakiż to wstydliwy, budzący wstręt, niesmak i zakłopotanie temat. Jednak fakt jest faktem – wszyscy ją robimy. Więcej – wszystkie stworzenia ją robią! A wstyd może przynieść nam to, co po sobie zostawimy, gdyż już temat załatwimy.

Jedzenie jest jedną z większych przyjemności, prawda? Lubimy jeść. Delektujemy się jedzeniem lub zjadamy w pośpiechu. Chwalimy dobry smak lub grymasimy. Jemy widelcem, łyżką, ręką, pałeczkami. Jemy w domu, restauracji, na ulicy, w pracy, w lesie, na pikniku, w pociągu. Wszędzie.

Nieważne co jemy, jak jemy i gdzie jemy. I tak zawsze wszystko w gówno się obróci. Brzydkie słowo? Nie. Naturalne. Tak samo naturalne jak to, co dzieje się w naszym organizmie, w naszych kiszkach. Po pewnym czasie trzeba udać się tam, gdzie nawet król piechotą chodzi. Jeśli mamy blisko toalety, wychodki, latryny (standard nieistotny) – jesteśmy uratowani. Usiądziemy, kucniemy, załatwimy się i… najczęściej spłuczemy i wyjdziemy.

A kiedy jesteśmy na szlaku? Nie zawsze jest łatwo. Wszyscy o tym wiemy, bo przecież wszyscy czasem z tego szlaku zbaczamy. Na co się wtedy natykamy, lepiej pominąć milczeniem… Nie powinno nas to jednak dziwić, gdyż człowiek wychowany w mieście, wśród kafelkowych toalet ze spłuczkami nie umie załatwiać się w naturze i nie myśli o niej, tylko o tym, aby się schować, załatwić i oddalić jak najszybciej, nie zważając na to, co zastaną inni, którzy przyjdą po nas.

Przyjdą i zastaną obraz niechlujstwa i nieodpowiedzialności. Przerażające jest to, że turyści w lasach, górach, nad rzekami, wszędzie gdzie nie ma toalet zostawiają za sobą śmieci i ekskrementy, które przyczyniają się do degradacji środowiska. O ile jeszcze zwykły papier toaletowy, czy nawet kupa rozmoczą się przy pierwszym deszczu i może „znikną”, o tyle pieluchy dzieci czy inne środki higieniczne pozostawione na widoku  – nie. Będą straszyły jeszcze długi czas. I co gorsze – młode pokolenie widząc to wszystko, niczego się nauczy, bo przykładu dobrego nie mają.

Można o to zadbać w bardzo prosty sposób. Wystarczy chcieć.

Jest wiele akcji uświadamiających konieczność sprzątania po swoim psie. Coraz częściej można zauważyć właścicieli psów z woreczkami. Po sobie też sprzątajmy! Gdziekolwiek jesteśmy. Jeśli trzeba, również do woreczków – o czym kawałek dalej.

Choć przyznaję, czasami można zapomnieć  o posprzątaniu po sobie, szczególnie w sytuacji, gdy po kucaniu i szczęśliwym załatwieniu sprawy, podziwiając bieszczadzkie widoki mój wzrok padł na wielkiego pająka tygrysiego tuż naprzeciwko mojego nosa… a współtowarzysz zamiast mnie ratować, pobiegł po aparat…

Kucanie nad dołkiem

Pozostawianie swoich odchodów na powierzchni nie jest bezpieczne dla zdrowia. Wraz z deszczem mogą spłynąć do najbliższej rzeczki, strumyka, jeziora, a wówczas do zbiornika wody mogą dostać się bakterie wywołujące np. lambiozę – chorobę pasożytniczą, trudną do wyleczenia. Najlepiej więc wykopać sobie dołek po to, aby schować kupę, ale przede wszystkim zapobiec roznoszeniu drobnoustrojów wywołujących choroby, spływaniu odchodów do zbiorników wodnych i przenoszenia zarazków przez owady do miejsc, gdzie znajduje się żywność.

Zanim zaczniemy kopać, powinniśmy przyjrzeć się jak wygląda teren, poszukać miejsca z dala od strumieni, potoczków – zalecana odległość od najbliższej wody powinna wynosić 45 metrów. Dołek o głębokości 20-30 cm, zasypany oczywiście ziemią, zapewni, że do jego zawartości nie dostaną się zwierzęta i owady. Prostsze jest robienie kupy na pustyni, gdyż tam wystarczy zasypać to co z nas wyszło piaskiem i pozostawić na pastwę palącego słońca, które zabije wszystkie pasożyty. Najwygodniej jest wykopać dołek saperką. Nie nosimy saperki z sobą na wędrówce? To zacznijmy! Na rynku dostępne są różne rodzaje saperek, również bardzo lekkie – na przykład składana saperka MFH lub łopatka GSI Cathole Trowel, na której znajdziemy nawet ściągę pomagającą wykopać odpowiedni dołek. Saperka przyda się także do okopania namiotu podczas deszczu.

Jak widać, przygotowanie miejsca na kupę nie jest takie proste, aby się odpowiedzialnie załatwić.

Do tzw. „jedynki” nie trzeba kopać dołków. Warto jednak pomyśleć o tym, gdzie to robimy, odejść dalej od szlaku, aby „zapach” nie uprzykrzał innym wędrówki, odejść daleko od obozu, aby nie zabrudzić miejsca, które ktoś inny wybierze pod namiot czy przygotowanie posiłku. Warto wyznaczyć obszar, w którym będziemy załatwiać swoje potrzeby, zarówno „jedynkę” jak i „dwójkę”. Zapobiegnie to kłopotom z pobieraniem czystego śniegu na wodę w warunkach zimowych. Zapobiegnie to przykrościom, które mogą nas spotkać, gdy usiądziemy pod drzewem, oprzemy się o nie lub zabrudzimy buty, bo ktoś nie dopełnił obowiązku zakopania tego, co z niego wyszło…

Zakopywać powinniśmy tylko pozostałości, które się rozłożą, czyli papier toaletowy, chusteczki higieniczne. Mokre chusteczki, wszelkie inne środki higieniczne powinny być zebrane do worka i wyrzucone do śmietników.

Są jednak miejsca, gdzie nie można się załatwiać i pozostawiać niczego po sobie, nawet zakopanego, np. plaże, wydmy, wydzielone części parków narodowych. Są też miejsca, gdzie zakopanie czegoś nie jest możliwe, np. skalisty lub kamienisty teren. Warto być przewidującym, szczególnie po sytym śniadaniu i przed wyruszeniem na szlak zabrać z sobą papier i woreczki. Pozostałości, które wydalamy można wtedy łatwo spakować i wynieść w miejsce, gdzie dostępne będą kosze lub toalety i wyrzucić „nadbagaż”. Pamiętajmy jednak – nie zakopujemy worków z zawartością! Ani tym bardziej nie wyrzucamy ich w trudniej dostępnych (czyt. ukrytych) miejscach. Oczywiście, że nie jest łatwe i przyjemne noszenie „nadbagażu”, ale tylko w ten sposób mamy szansę nie pozostawić po sobie śladów i nie zanieczyścić środowiska.

W naszych wędrówkach po górskich szlakach możemy spotkać się nawet z obowiązkiem znoszenia z góry własnych ekskrementów. Tak jest m.in. w Parku Narodowym Aconcagua, gdzie otrzymuje się worki na kupę, które wraz z zawartością należy znieść z góry do bazy, czy w Parku Narodowym Denali, gdzie otrzymane u rangersów wiaderko trzeba zwrócić pełne, a za zakopanie śmieci czy ekskrementów grożą surowe kary finansowe. Znane są opowieści o handlu kupą … 😉

Ciekawostki z miejsc odosobnienia 🙂

Na świecie ludzie w różny sposób załatwiają swoje sprawy związane z kupą. Toaleta siedząca znana w Polsce i dużej części Europy (domowa, publiczna, toi-toi) to nie jedyny sposób. Bywa, że nawet w Europie nie spłukuje się papieru, a wyrzuca do kosza. Tak jest na większości wysp greckich, gdzie kanalizacja jest stara i wąska. W podróży po Azji i Afryce można spotkać toalety „kucane”. Osobiście uważam je za najbardziej higieniczne (nawet wtedy, gdy mamy wrażenie, że wchodzimy do środka bomby biologicznej) gdyż istnieje mała szansa, że czegoś dotkniemy. Czasem o papier jest trudno i zamiast niego można w takiej „kucanej” toalecie spotkać kamienie otoczaki. Po jednej stronie otworu są czyste, z drugiej stoi wiadro, do którego wrzucamy kamienie użyte. Potem wiadro niesione jest do rzeki, kamienie myje nurt i wracają jako czyste… Jeszcze w innych miejscach można spotkać koszyk upleciony z trawy lub bambusa z liśćmi, dość sporymi, nie rwącymi się, bardzo przyjemnymi w dotyku. I to jest chyba najbardziej ekologiczny sposób radzenia sobie w własnymi nieczystościami.

Dbając o siebie, swoją wygodę i higienę pamiętajmy o środowisku i o tym, jaki ślad pozostawiamy po sobie. W tym wypadku lepiej, aby tych śladów nie było, prawda?

Z ulgą kończąc ten uwierający problem życzę wszystkim przyjemnych wędrówek po czystych szlakach!!!

 

Zdjęcie na początku: Starr Environmental on Visual Hunt / CC BY
Zdjęcie w treści: bradleygee on Visual Hunt / CC BY

The following two tabs change content below.

Katarzyna Siekierzyńska

W Woda Góry Las – general manager, prywatnie mama dwóch harcerek, która biega w półmaratonach, na biegówkach, jeździ głównie rowerem, chodzi po górach, podróżuje prywatnie i zawodowo.
Współorganizatorka i uczestniczka Pierwszej Kobiecej Zimowej Wyprawy Spitsbergen 2012, uczestniczka Rowerowego Jamboree z Polski do Japonii 2015 (etap VII przez Pamir), weszła między innymi na Kilimanjaro, Mont Blanc i kilka pięciotysięczników w Himalajach, pilot wypraw m.in. do Afryki Środkowo-Wschodniej i Południowej, Indii i Nepalu, zaangażowana w organizację Winter Camp i Festiwalu Na Szagę, członek Drużyny Szpiku.

Dodaj komentarz