Kurs Drużynowych Wędrowniczych „Przekraczając granice”

W kwietniu bieżącego roku odbył się Kurs Drużynowych Wędrowniczych „Przekraczając granice”. Jako Woda Góry Las zostaliśmy poproszeni o wsparcie tego przedsięwzięcia. Nie zastanawiając się długo zdecydowaliśmy się pomóc ekipie młodych ludzi, która chce się rozwijać. Przy okazji zaimponowała nam sama formuła kursu. Szkolenie drużynowych w Armenii! To jest coś! Zobaczcie, jak wyglądało przygotowanie takiego wyjazdu i sam pobyt w Armenii okiem Adrianny Dobrychłop.

Przed kursem

Jest jesień, popijam gorącą herbatę z cytryną, właśnie przeglądam harcerskie blogi, szukając inspiracji na zbiórkę zastępu. Z inspiracjami jak zwykle było dość ciężko, jednak zobaczyłam coś bardzo interesującego, wyjazd, kurs, wędrownicy.. pierwsza myśl tak jadę, druga myśl czy to aby na pewno dla mnie.. i tak właśnie zaczęłam poszukiwania, o co tu chodzi. Po kilku dniach  stwierdziłam , że to będzie świetna okazja, żeby się sprawdzić, gdyż kurs ma formę wyczynu i powiem wam, to był wyczyn!  24 grudnia ostatecznie dowiedziałam się,  że zakwalifikowałam się do grona uczestników kursu drużynowych wędrowniczych w Armenii! To był chyba najlepszy prezent pod choinkę, jaki  mogłam dostać, co prawda cały czas miałam wątpliwości, czy na pewno sobie poradzę.

Rekrutacja nie była bardzo skomplikowana, ale wymagała czasu. Zaczynało się od ankiety, w której opowiadało się o sobie. Pytań było sporo, ale przy niektórych pytaniach naprawdę miałam problem, co napisać.

Drugim etapem kwalifikacji była rozmowa, mnie osobiście strasznie ona stresowała, choć w sumie nie wiem czemu … Składała się ona też z dwóch części- pierwsza dotyczyła pracy harcerskiej oraz pytań dotyczących odpowiedzi z ankiety w drugiej części była sprawdzane umiejętności językowe tej części obawiałam się najbardziej, bo nie wiedziałam, jaką to będzie miało formę oraz o co będą pytać.

W styczniu po raz pierwszy spotkaliśmy się w Warszawie na dworcu. Podczas gry miejskiej staliśmy się zastępami i trochę się poznaliśmy. Cały weekend pracowaliśmy nad tym, aby zaplanować nasz majowy wyjazd. Na pierwszych  zajęciach z planowania obozu miałam wrażenie, że działamy na kompletnej fikcji i abstrakcji, bo jak w tak krótkim czasie można przygotować tak duże przedsięwzięcie. Jak widać można, tylko trzeba naprawdę bardzo chcieć.

Idąc na  sobotnią kolację, nie spodziewaliśmy się, że będziemy mieć na niej tak wspaniałych gości, jak były konsul Polski w Armenii, który podczas spotkania opowiedział nam o kulturze, ludziach i zwyczajach tego kraju.

Wracając pociągiem, myślałam, ile jeszcze trzeba zrobić do obozu i analizowałam, co w sumie wydarzyło się na tym weekendzie, tego wszystkiego było tak wiele.

Czas od styczniowego zjazdu do marcowego poświeciliśmy na przygotowanie sprzętu, wszystkich dokumentów, kupieniu biletów lotniczych zaplanowaniu zwiedzenia, wędrówki górskiej oraz projektu społecznego ze skautami. Każdy z nas ciężko pracował przez trzy miesiące, aby osiągnąć poziom, który sobie założyliśmy. Oprócz zadań związanych z samym przygotowaniem obozu pracowaliśmy też nad planami pracy naszych drużyn, każdy ze swoim opiekunem. Tyle, co się nagadałam przez telefon, to chyba już nigdy w życiu się nie nagadam. Rozmowy telefoniczne w 5 osób są bardzo dziwne, trzeba ustalać kolejność wypowiedzi-to ciekawe doświadczenie.

W końcu przyszedł marzec i wyczekany wyjazd w góry Sowie. Dla mnie był to pierwszy raz w tych górach i byłam bardzo ciekawa, jak tam jest. Wszyscy spotkaliśmy się w piątek, choć zamiast późnym wieczorem spotkaliśmy się późną nocą. Przez wypadek na torach pociągi w całej Polsce były opóźnione. Spotkanie mieliśmy w przeuroczej chatce w lesie. Wszyscy byliśmy tak zmęczeni podróżą, że żadne zajęcia się nie odbyły, za to wciągaliśmy górskie powietrze, popijając ciepłą kawę i spędzając po prostu ze sobą czas.

W sobotę ruszyliśmy na szlak. Naszą misją było dotrzeć na miejsce, realizując pod drodze wszystkie zadania. Trasa była bardzo przyjemna, Góry Sowie są łatwymi górami. Oprócz miejsc, w których zamiast iść szlakiem, śmigaliśmy poza szlakiem pod górkę, szło się bardzo, fajnie wszędzie dookoła było biało. Wodospad, który mijaliśmy, był zamarznięty i wyglądał jak z bajki. Niestety na trasie zastała nas noc, w jednym miejscu wśród  drzew przebijały się światła miasta leżącego u stóp Wielkiej Sowy, na którą wchodziliśmy. W trakcie drogi w zastępie poznawaliśmy się nawzajem, ale też poruszaliśmy trudne tematy harcerskie. Na szczycie Wielkiej Sowy rozbiliśmy nasz mały obóz. Zbierając drewno, spojrzałam w niebo-było przepiękne, księżyc ogromny, a całe niebo było usiane małymi punkcikami. (Zdjęcie A1 A2)

Dla każdego zastępu było to ważny  sprawdzian z  przygotowania. Szczególnie dla mojego, bo zajmowaliśmy się sprawami kwaterkowymi. Ten wypad w góry pokazał nam nasze możliwości fizyczne, ale też wytknął braki w przygotowaniu, dzięki niemu wiedzieliśmy, co jeszcze trzeba nadrobić do kwietniowego obozu.

Żegnając się w górach, uświadomiłam sobie, że nasze następne spotkanie będzie na lotnisku przed wylotem i tak było.

Pobyt w Armenii

26 kwietnia wsiadłam do pociągu jadącego do Warszawy z plecakiem ważącym chyba  z tonę.  Wieczór w Warszawie  spędziliśmy wszyscy razem w  harcówce Hufca Warszawa- Ochota. Ostanie przepakowywanie plecaków, rozmowy o tym,  jak tam będzie i niepewność czy wszystko się uda. 4:30 wszyscy zerwaliśmy się na nogi, zarzuciliśmy plecaki na plecy. O 5:30 musieliśmy być na lotnisku. Ważenie plecaków, odprawa, po chwili siedziałam już w samolocie, miałam miejsce przy oknie i nie mogłam doczekać się startu -to był mój pierwszy lot. Kiedy koła samolotu oderwały się od ziemi, wszyscy zasnęli, a ja siedziałam przyklejona do szyby samolotu i podziwiałam widoki. Lot do Kijowa był krótki, trwał zaledwie półtorej godziny. Na lotnisku w Kijowie napiliśmy się wszyscy kawy, a po tym nadszedł czas na odprawę i kolejny lot Kijów- Erywań. Po 3 godzinach lotu stanęłam przy bramce czekając na wbicie pierwszej pieczątki do paszportu.

Pierwsza jazda busem z lotniska do siedziby HASKU podziwiałam panoramę miasta, której kolor był nietypowy, bo czerwono-różowy, na autostradzie na zmianę mijały nas drogie mercedesy z białymi ładami i wołgami.  Rozłożyliśmy nasze rzeczy w siedzibie skautów i ruszyliśmy już w teren. Z aplikacją Action Bound  odwiedziliśmy najsłynniejsze miejsca w Erywaniu: błękitny meczet, plac Republiki i na zakończenie najsłynniejsze Kaskady, z których szczytu rozpościera się widok na Ararat, ale o Araracie jeszcze będzie później.

Drugi dzień spędziliśmy ze skautami, zwiedzając z nimi miasto. Razem poszliśmy na największy targ w Erywaniu, który znajduję się w centrum miasta, nie obyło się bez małych zakupów.  (Zdjęcie A4 A5)

Cały dzień chodziliśmy w mundurach i spotykały nas przez to bardzo ciekawe sytuacje. Ktoś po polsku mówił do nas „dzień dobry”. Było to zasługą naszych cudownych, polskich chust. Najbardziej zapadła mi w pamięć sytuacja w parku gdzie zaczepił mnie starszy pan z małą dziewczynką i poprosił nas o zdjęcie dla rodziny,  żeby mogli zobaczyć, jak wyglądają polscy skauci. Dał mi dziewczynkę na ręce i cyknął fotkę, mała się do nas przytuliła, zbiłyśmy piątkę i pobiegła do dziadka.

Wieczorem razem ze skautami pośpiewaliśmy harcerskie piosenki. Razem chyba najbardziej lubię Lipkę, we wspólnym wykonaniu. Podziękowaliśmy im za wspólnie spędzony dzień genialnymi harcerskimi gadżetami. Propsy dla WGL za przygotowanie ich dla nas! Na pożegnanie zaśpiewaliśmy „ogniska już dogasa blask” w dwóch językach. po ormiańsku i po polsku. Skauci  podczas refrenu pochylają się do przodu, co daje niesamowity efekt. Kiedy razem  śpiewaliśmy, miałam gęsią skórkę na ciele.  Noc była jeszcze długa dla nas, bo do późna mieliśmy świecznisko.

 

30.04 Po południu czekała nas jazda metrem, było extra. Jeśli ktoś kojarzy, jak wygląda ministerstwo magii w Harrym Potterze, to tak właśnie wygląda metro w Erywaniu. I uwaga na ruchome schody –  jeżdżą dużo szybciej niż w Polsce. Po przedostaniu się na druga stronę miasta złapaliśmy autobus, przyszedł czas na góry- pierwsza stacja Świątynia Garni.

W dolinie pod świątynią rozbiliśmy pierwszy obóz przy strumieniu, którego szum zagłuszał wszystkie inne dźwięki. W staliśmy o świcie, szybka kąpiel i mycie w strumieniu. Dobrze, że na dworze było ciepło, bo woda była lodowata. Chyba każdy, kto mył się w strumieniu zna uczucie zamarzającego mózgu. Obóz złożony, można było  ruszyć w drogę  Garni-Geghard. Podczas wędrówki podziwiałam zielone zbocza, kamienne ściany i szumiący w dole strumień. Nie obyło się też od spotkań z krowami, które zatarasowały nam drogę oraz poganiających nas owiec, które szły za nami stadem, poganiając nas pod górkę.

Teraz opisze wam scenkę rodzajową z robienia zakupów w Armenii. Potrzebowaliśmy 5 kg ryżu oraz piersi z kurczaka na obiad. Zastanawialiśmy się, jak wytłumaczyć panu, że potrzebujemy piersi z kurczaka, wiec zabraliśmy się do łamanego rosyjskiego oraz silnej gestykulacji czego nam potrzeba. No i zaczęliśmy te kalambury, kurczak to jeszcze jakoś poszło, ale jak wytłumaczyć, że nie chcemy żywego tylko piersi. Po mniej więcej 5 minutach klepania się po piersiach i machania skrzydełkami mówiąc „cycki kuricy potrzebujemy” pan zrozumiał, o co nam chodzi- pierwszy sukces za nami, ale kiedy powiedzieliśmy mu, że potrzebujemy 5 kg ryżu, to patrzył nas jak na wariatów co my będziemy z tym robić. Po tym wysiłku lingwistycznym zasiedliśmy przed sklepem, delektując się lodami i colą.

Scenka rodzajowa numer dwa:  zajeżdża czarna łada, z niej wysiada elegancko ubrany starszy pan i zaczyna nas zagadywać o to, skąd jesteśmy, jak powiedzieliśmy, że z Polski to zaczął wymieniać wielkich  Polaków. Opowiedział co nieco o sobie, że jest historykiem i że niedaleko mieszka i czy nie potrzebujemy noclegu czasami, bo on nas chętnie przyjmie u siebie. Po szybkiej naradzie prawie zgodny głosem podjęliśmy decyzje, że dzisiejszy wieczór spędzimy u Karo w domu.  Karo faktycznie mieszkał blisko,  po drodze opowiadał nam o swojej rodzinnie i w sumie już po chwili mogliśmy ją poznać. Siedząc na tarasie, za chwile na stół zaczęło wjeżdżać jedzenie lawasz ser kawa po turecku cukierki i wszystko, o czym tylko można by poważyć. Kawa była cudowna „czarna jak piekło, mocna jak śmierć i słodka jak miłość” i naprawdę było się w niej można zakochać. Do tego mama Karo zwijająca dla nas lawasz z serem  naprawdę to nie kłamstwo-Ormianie są niesamowicie gościnni.

 

Po tym wspaniałym przyjęciu Karo zabrał nas do Świątynia Geghard, która  jest naprawdę warta odwiedzenia Według tradycji jest to kompleks założony przez Grzegorza Oświeciciela.

Wracając do domu, Karo zaczepili nas miejscowi czy czasami nie chcielibyśmy  też  przyjść ich odwiedzić, odmówić nie wypadało, wiec zaraz znaleźliśmy się na ogrodzie jednego z sąsiadów Karo. Na stole czekało znowu na nas jedzenie i napoje. Po mile spędzonym wieczorze wróciliśmy do domu Karo, gdzie znowu jedliśmy, trzeba przecież było usmażyć nasze cycki kuricy i zjeść ryż. Zastęp kuchenny dostąpił zaszczytu wstępu do kuchni pani domu. Wiec na kolacje  była kurica po ormiańsku z ryżem, lawasz, warzywa, sosy i sok, ale jaki to był sok z brzoskwiń albo z grantu tego smaku nie da się odtworzyć. W podziękowaniu cały wieczór graliśmy na ukulele i śpiewaliśmy piosenki po polsku, które  bardzo im się podobały.

Po przebojach z kolacją mogliśmy wziąć gorący prysznic, to był naprawdę luksusu. Kiedy zalegliśmy w śpiworach na podłodze w salonie mama Karola przyszła do nas z kocami i wielkimi poduchami z pierzem w środku. To była cudowna noc, najedzona i wykąpana spałam jak dziecko.

Poranek zaczęliśmy standardowo od owsianki, chociaż dzisiaj była z dżemem i  oczywiście od kawy z tygla przygotowanej dla nas przez panią domu. Potrzebowaliśmy dzisiaj transport w góry i Karo powiedział,  że nie ma problemu, on to załatwi i faktycznie rano czekał na nas hmmm…. nie wiem jak to nazwać bus? Ciężarówka?

Przyszedł czas na pożegnanie z całą  rodziną, Karo przekazaliśmy jedną z naszych polskich chust, był wzruszony tym gestem i z dumą prezentował nasze polskie barwy.  Dzieciom daliśmy nasze okulary Scou&proud, które od razu wylądowały na ich nosach. Dzieciaki były przeszczęśliwe! Do tego dorzuciliśmy trochę słodyczy z polski, bo obkuliśmy się na miejscu tutejszymi.

Zapakowani  na pakę ciężarówki pojechaliśmy w nieznane.

Widok, który zobaczyliśmy po dotarciu na miejsce, zaparł mi dech w piersi, a szczeka opadła na ziemię. Ararat w pełnej krasie oświetlony porannym słońcem bez żadnej chmury wydawało się, że jest tak blisko idealny stożek. Święta góra Ormian zrobiła na nas wrażenie. Karo powiedział, że rzadko kiedy można zobaczyć tak dobrze widoczny Ararat i jest pewny, że to specjalnie dla nas.

Pierwszy etap na dziś dotrzeć pod szczyt i rozbić obóz. Niby proste, ale nie w Armenii, tutaj nie ma szlaków, wiec poruszaliśmy się na azymut oraz korzystając z aplikacji Map me, która genialnie działała w Armenii i świetnie sprawdziła się górach. Góry nas zaskoczyły, trochę trudno nam było przewidzieć jak będzie dokładnie wyglądać trasa, bo to nie polskie Tatry, gdzie mamy schroniska i konkretne szlaki i wyznaczone trasy. Tutaj trochę musieliśmy iść na żywioł i podejmować decyzje na bieżąco. Miejsce, które mieliśmy zaplanowane na nocleg, niestety się nie nadawało. Bo nie mieliśmy dostępu tam do płynącej wody, która była nam niezbędna do spędzenia nocy. Komendant dnia podjął decyzję, że zjemy obiad i pójdziemy dalej, gdzie było większe prawdopodobieństwo płynącej rzeki, ale wiadomo jak to jest z górskimi strumieniami, jednego roku są, a następnego ich nie ma. Na szczęście już półtorej godziny później znajdowaliśmy się w dobrym miejscu na nocleg, było to prawie tuż pod szczytem wysokość 2900m.n.p. Rozbiliśmy namioty, zaparzyliśmy herbatę i położyliśmy się spać. Tej nocy miałam kryzys, strasznie wiało i temperatury wahały się w okolicach bardziej ujemnych, ale o poranku otworzyliśmy wejście od namiotu i spojrzałam na szczyt i wiedziałam, że to było tego warte.

Podzielenie na dwie grupy tych szczytowych i tych na treking ruszyliśmy w góry. Byłam w grupie wchodzącej na szczyt, zacisnęłam zęby i stwierdzałam, że tam wejdę, bo inaczej miesiące przygotowań pójdą na marne. Powiem wam, dałam radę 3500m.n.p zdobyte, byłam tak szczęśliwa stojąc na tym szczycie, jak chyba jeszcze nigdy. Wiedziałam, że teraz mogę wszystko.

Z drugą ekipą spotkaliśmy się w obozie, zebraliśmy się i zaczęliśmy wędrówkę w dół. To też nie była lekka sprawa, bo ciągle zapadający się  śnieg pod stopami utrudniał wszystko, na szczęście już po około 3 godzinach śnieg zaczął zmieniać się w zielone pagórki. Do wieczora zeszliśmy do około 2tys.m.n.p.m tam zastał nas wieczór i zmęczenie, trzeba było szukać miejsca na nocleg. Znaleźliśmy je u przemiłej babuszki w sadzie, choć cała wioska chciała nas przyjąć. Rano po górach to o czym marzyliśmy to mycie, więc poszliśmy do babuszki z pytaniem,  gdzie możemy się umyć, a ona mówi, że ma tylko ten strumień, wiec już ucieszenie pobiegliśmy po ręczniki i śmigaliśmy do mycia. Scenka rodzajowa numer trzy: chłopki pluskają się już w strumieniu, dziewczyny też już zaczynają myć włosy, a tu babuszka wychodzi,  patrzy na nas i mówi „ to dziewczyny w zimnej wodzie na dworze tak nie można”,  a my mówimy, że to nie problem, że damy rade a ona kategorycznie nie zaraz będzie ciepła woda. Rozpaliła ogień, postawiła ogromny gar, nalała wody do  pokoju w domu, wstawiła misę do mycia i każda z nas mogła się wykąpać w ciepłej czystej wodzie. Naprawdę o niczym innym nie marzyłyśmy. Po kąpieli cały dzień spędziliśmy z babuszką w domu, bo na dworze padało, a gdzie na deszczu siedzieć będziecie. Zjedliśmy z nią razem obiad, a wieczorem przygotowaliśmy pożegnalną kolacje. Babuszka była tak wzruszona, że powiedziała, że nas wszystkich adoptuje. Na pożegnanie przekazaliśmy jej naszą polską chustę w podziękowaniu za tak wspaniałą gościnie.Ta kobieta jest cudowna 80 letnia staruszka, która miała tyle wigoru co nie jedna nastolatka.

W nocy spotkaliśmy się na ognisku, przy którym jedno z nas miało nadany naramiennik wędrowniczy. Nie wyobrażam sobie bardziej niesamowitego nadania, niż to w Armenii na kursie drużynowych Wędrowniczych.

Po ognisku nawet się nie kładliśmy, złożyliśmy obóz w babuszkowym sadzie i po cichu pożegnaliśmy się z sadem i górami.

Wsiedliśmy do busa i 5 godzin później znaleźliśmy się  na skrzydłach Tatewu. Tego dnia czekało nas trochę jeżdżenia. Najpierw skrzydła Tatewu, najdłuższa kolejka prowadząca do monastyru Tatew leżącego w chmurach. W dół nie chcieliśmy wracać kolejką, stwierdziliśmy,  że wrócimy sobie autami. Miały być jeepy, ale jak to w Armeni bywa, wszystko szybko się zmienia, zamiast jeepów były łady. To była najbardziej epicka przejażdżka w moim życiu.
Łady śmigały w dół jak strzały, wyprzedzały się, kierowcy trochę szpanowali. Do tego wyobraźcie sobie tureckie disco lecące z radia i wstęgi zawiniętej drogi z przepaścią po jednej stronie. Moja biała łada była pierwsza na dole, wygrała ten szaleńczy wyścig. Po drodze zahaczyliśmy jeszcze o cudowne źródełko.

Wróciliśmy na szczęście żywi i cali do naszego busa i pojechaliśmy do ostatnich dwóch miejsc, monastyr Norawank oraz ostatnie miejsce zaraz przy granicy z Turcją Khor Virap. Każdy z monastyrów, który odwiedziliśmy podczas pobytu w Armenii, był inny i miał swoją historię, ale wszystkie były równie piękne i majestatyczne.

 

To chyba czas na powrót do stolicy, znowu byliśmy Hasku, zgodnie stwierdziliśmy, że czujemy się tam jak w domu. Podziękowaliśmy dwóm skautkom, prezentem w postaci toreb  bawełnianych z namiotami- dzięki WGL! Sobota przeleciała na ostanie zakupy, bieganie po mieście, suweniry, zwiedzanie i próbowanie tamtejszej kuchni. W tę sobotę czułam się tak swobodnie w tym mieście, jak bym co najmniej tam mieszkała. Ludzi tak życzliwych, jak Ormianie naprawdę rzadko się spotyka w dzisiejszym świecie.

Na zakończenie każdego czekała rozmowa instruktorska. Po nich spotkaliśmy się wszyscy razem ze skautami na placu Republiki, aby podsumować cały kurs. Po wręczeniu ostatniego dyplomu zaczął się pokaz tańczących fontann. Coś pięknego!  Po pokazie plecaki na plecy i na lotnisko. Kolejna pieczątka w paszporcie, lotnisko w Kijowie kawa i z powrotem byliśmy w Warszawie.

Co zmieniło się w moim życiu?  Dzięki temu wyjazdowi stałam się dużo odważniejsza i zaczęłam doceniać drobne rzeczy dziejące się moim życiu no i oczywiście wiem, że nie ma rzeczy niemożliwych. Wyjazd był dla

mnie ogromnym przeżyciem i wielką przygodą, którą polecam każdemu! Jeśli zastanawiasz  się nad kursem tego typu, serdecznie polecam. Jeśli szukasz pomysłu na podróż, z całego serca polecam Ci  Armenie. Piękny i jeszcze nadal dziki kraj. Widział tam rzeczy, których do końca życia nie zapomnę. Doznałam tyle dobra i otwartości od nieznajomych ludzi, którzy oddaliby nam wszystko, nawet jeśli niewiele mieli i ofiarowywali nam swoje serce. Część mojego serduszka została tam i na pewno jeszcze tam wrócę. Najpiękniejsze było chyba to, że na każdym kroku towarzyszył nam duch i ideały  harcerskie. Wszystko co robiliśmy było celowe i w myśl kursu drużynowych wędrowniczych. Myślę, że ten kurs nie tylko dał mi niezwykłą przygodę, ale też pozwolił mi się stać lepszym instruktorem ZHP.

 

Adrianna Dobrychłop– Adrianna Dobrychłop instruktorka 5 WDH „Czerwone Berety” tegoroczna maturzystka i przyszła studentka filologii Norweskiej. Czyta i pisze dla przyjemności chyba, że akurat chodzi po górach. Wiecznie z głową w chmurach i uśmiechem na twarzy.

 

The following two tabs change content below.

Dodaj komentarz